Orki z Majorki

Orki z Majorki

Tym razem wybrałam się na ekspedycję, mającą na celu sprawdzenie co słychać na Balearach. W czwartkowe popołudnie ruszyłam na lotnisko w Jerez i wpakowałam się do żółtego samolotu.

Znalazłam trochę śniegu w Hiszpanii
Po drodze znalazłam trochę śniegu w Hiszpanii

Po niespełna dwóch godzinach wylądowaliśmy w ciemności, która roztaczała się już nad wyspą. Powitało mnie gigantyczne lotnisko i przewijające się po nim tabuny turystów.

Skomplikowana tablica odlotów
Skomplikowane tablice odlotów i przylotów

Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się portu lotniczego takich rozmiarów na wyspie, ale jak się później okazało, jest to trzeci wśród największych i najczęściej odwiedzanych w Hiszpanii. To wszystko za sprawą rozwijającej się tu prężnie turystyki. Pogoda jest zawsze, jest co zwiedzać, dla chcących się wspinać są pasma górskie, dla spragnionych kąpieli – Morze Śródziemne otaczające Majorkę. Slogany nie kłamią, to zakątek na ziemi, który ma dosłownie wszystko i gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Do centrum miasta wygodnie dotrzeć można autobusami miejskimi w około 25 minut. Tak też poczyniłam i udałam się do wynajętego u pewnej Argentynki pokoju mieszczącego się nieopodal Passeig de Mallorca.

Passeig de Born
Passeig des Born
Jamón, jamón
Jamón, jamón
Czary mary
Czary mary

Przechodząc następnego dnia ulicami Palmy, miałam wrażenie, że przebywam w Barcelonie. Miasta są do siebie bliźniaczo podobne pod względem budynków i ulic. Każde z nich ma swoją Ramblę, swój Plaza d’Espanya, budowle, w które swoje artystyczne serce wkładał Gaudi, a tutejszy dialekt brzmi dla mnie bardzo podobnie do języka katalońskiego.
Nie miałam zbyt wiele czasu na zwiedzenie Palmy, ale udało mi się wejść na szczyt tamtejszej katedry. Widoczna z dużej odległości wyróżnia się w nadmorskim pejzażu miasta. Majestatyczna budowla powstała na miejscu dawnego meczetu w roku 1229. Wyróżnia ją bogactwo witraży i olbrzymia, bo licząca 100m2 powierzchni, rozeta, którą możecie zobaczyć poniżej.

Niestety nie udało się zrobić jej w całości, bo jest naprawdę spora
Niestety nie udało się zrobić jej w całości, bo jest naprawdę spora w porównaniu z balkonem, na którym stałam

Cała trasa na szczyt trwała ponad godzinę. Do pokonania było 208 schodów umieszczonych w ciasnym korytarzyku pnącym się w górę, podczas wejścia przewidziane były trzy przerwy. Najpierw dzwonnica, potem pierwszy taras, podziwianie gigantycznej rozety, drugi taras i zejście. Widoki bardzo ładne, ale cena była mocno przesadzona (12€), ale niestety, taki urok cenowy turystycznej Palmy.

Taras na pierwszym poziomie
Taras na pierwszym poziomie
Widok na port w Palmie
Widok na port w Palmie
Taras na drugim poziomie
Taras na drugim poziomie

Po zejściu z katedry przechadzałam się czego zwyczaj uliczkami, aż dotarłam do stacji pociągu jadącego do miasteczka Sóller. Uprzednio czytałam o nim w internecie. Pochodzi z roku 1912 i daje turystom możliwość przeniesienia się do tamtych czasów. Nie byłam pewna, czy dam radę wszystko tak zorganizować, żeby w dwa dni udać się także tam. Podjęłam spontaniczną decyzję, dwie minuty przed odjazdem zakupiłam bilety i usadowiłam się na starodawnych krzesełkach.

Wnętrze pociągu do Sóller
Wnętrze pociągu do Sóller

Za oknem przewijały się zielone pola, drzewa z dojrzewającymi pomarańczami i oliwkami, a później coraz pokaźniejsze szczyty gór (Serra de Tramuntana), które to wpisane są na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Widoki zza okna
Widoki zza okna

Pociąg przejeżdżał przez tunele, wówczas zapalało się w środku klimatyczne światełko i powiewało chłodem. Po godzinie jazdy dotarliśmy do Sóller.

Sóller - dworzec
Sóller – dworzec

Tam można było przesiąść się na również zabytkowy, drewniany tramwaj. Jest on atrakcją turystyczną wioski, ale też codziennym środkiem transportu dla mieszkańców. W 20 minut dojeżdża do portu położonego w malowniczej zatoczce i przejeżdża tuż przy plaży.

Tramwaj przejeżdżający przez port
Tramwaj przejeżdżający przez port

Sóller zwiedziłam tylko port, przeszłam przez kilka uliczek pnących się w górę i zastałam taki widok:

Port w Sóller

Samochody w Sóller
Nazajutrz spotkałam się z rodzimym majorkaninem, Miguelem, poznanym na couchsurfing’u. Był tak miły, że zechciał pokazać mi jeszcze inne miejsca na wyspie. Po kolei zwiedziliśmy wioskę Deià, która leży na wzgórzu, Valldemossę, położoną pomiędzy szczytami gór i Banyalbufar, miasteczko ułożone na górskich piętrach.
Deià to malutka wioska, na której szczycie mieści się cmentarz z grobem słynnego pisarza angielskiego, Roberta Daves’a. Zabudowa jest tu typowa dla Majorki, czyli domki z jasnego kamienia, z okiennicami wkomponowane w bujną roślinność 😀

Deià

Deià od strony drogi
Widoki można podziwiać, popijając świeżo wyciskany sok z granatu albo mandarynek, na które właśnie rozpoczął się sezon.

Granaty
Z tego miasteczka przejechaliśmy do Cala de Deià, czyli zatoki, w której zazwyczaj mieści się niewielka plaża z morzem przybierającym mocno turkusowe barwy. Niestety zastaliśmy brak plaży i gigantyczne fale rozbijające się o wystające skały, chociaż muszę przyznać, że i tak mi się podobało. Żałuję, że nie miałam więcej czasu na wędrówkę po tamtejszych wzgórzach i ujrzenie całości z góry.

Cala de Deià

Cala de Deià

Po zrobieniu zdjęć pojechaliśmy do Valldemossy, kolejnej wioski zabudowanej domkami z kamienia, z zielonymi okiennicami. Tu po raz pierwszy odczułam jesienny chłód w ciągu dnia i przyuważyłam, że jesień naprawdę wkrada się na wyspę, bo drzewa gubiły powolnie żółtawe liście.

Drzewko zrzucające liście
Drzewko zrzucające liście

Valldemossa

Widok na Valldemossę
Widok na Valldemossę

Valldemossa

Na szczęście wystawione przed domkami kwiaty miały piękne zielone barwy :D

W Valldemossie odnalazłam też polski akcent, pomnik Fryderyka Chopina, który przez jakiś czas przebywał na wyspie.

Chopin w Valldemossie
Chopin w Valldemossie

Po zakupie pocztówek, ruszyliśmy dalej, na Mirador del Pino, gdzie rośnie wielka sosna i skąd widać posiadłość Michaela Douglasa, a potem do wioski Banyalbufar.

Mirador del Pino
Mirador del Pino
Banyalbufar
Banyalbufar

 W Banyalbufar nie spędziliśmy zbyt wiele czasu, bo Miguel chciał pokazać mi zachód słońca w jego ulubionym punkcie widokowym na wieży, z której w dawnych czasach wyglądano piratów na morzu. Zdążyliśmy, ale słońce w pewnym momencie schowało się za gęstą mgłą i tyle pozostało z naszego planu.

Mirador del Torre
Mirador del Torre

Udało się na szczęście rozwikłać tajemnicę, po wodach otaczających Majorkę nie skaczą orki, ani wieloryby. Podczas rejsów statkiem można za to dostrzec delfiny, czasem kaszaloty, więc kolejnym razem trzeba będzie rozejrzeć się za jakąś morską wyprawą 😀

Po zachodzie słońca wróciliśmy do Palmy i wpadłam do swojego pokoju zmęczona jak nigdy, ale też zadowolona, że przez dwa dni udało mi się zobaczyć tyle niesamowitych miejsc. Szkoda, że miałam tak mało czasu, ale na pewno nie będzie to moja ostatnia wizyta w tym pięknym miejscu.

Sa Foradada, czyli najpiękniejsza dziura Majorki
Sa Foradada, czyli najpiękniejsza dziura Majorki

Ciasteczko z Majorki, czyli ensaimada
Ciasteczko z Majorki, czyli ensaimada
  • Jak dobrze chociaż popatrzeć na takie zdjęcia pełne słońca! 🙂

    • Dziękuję za komentarz! Będę się starała nimi rozgrzewać ten nasz zimny klimat, mam nadzieję, że jak najdłużej 🙂

  • Wspaniała wycieczka! Przez chwilę poczułam się jakbym tam była patrząc na te piękne zdjęcia!

    • Cieszę się 🙂 Zdradzę, że kolejna wyprawa z końcem listopada będzie na północ, ale mam nadzieję, że pogoda dopisze i będzie co wrzucić. Zapraszam znów 🙂

  • 1journey1life 2people

    Zachęcasz wpisem i zdjęciami do odwiedzenia Majorki i Palmy! Bardzo podobał mi się widok na Port! Coś cudownego!

    • Dziękuję 🙂 Z miłą chęcią bym tam wróciła, bo naprawdę jeszcze wiele pozostało do odkrycia 🙂