Puente de octubre

Puente de octubre

Długi i letni (!) październikowy weekend postanowiłam spędzić w Sewilli, podczas tzw. „puente” nie wypada siedzieć w domu. By zobaczyc najcieplejsze miasto Hiszpanii przejechałam pociągiem ponad 130km. Wtedy jeszcze narzekałam na znacząco zaniżoną temperaturę w wagonie i niemal trzęsłam się z zimna przez półtorej godziny. Gdy dotarłam na miejsce, zrozumiałam, że nie trzeba było narzekać, ani w ogóle stamtąd wychodzić. Październikowy dzień, a powietrze stoi w miejscu, pojęcie „patelni” przypisywane Sewilli, okazało się w zupełności słuszne. Muszę przyznać, że lubię ciepło, ale podczas tego wyjazdu z utęsknieniem wpatrywałam się w ekran mojego telefonu i zdjęcia złotej polskiej jesieni na Instagramie.

Sewilla temperatura

Z dworca San Bernardo odebrała mnie w czwartkowe popołudnie moja koleżanka z uczelni we Wrocławiu, której zamiłowanie do Hiszpanii sprawiło, że się tutaj przeprowadziła. Po drodze do jej mieszkania minęłyśmy większość ważniejszych miejsc w Sewilli, do których już za chwilę miałam wrócić na dłużej.

Budynek Uniwersytetu w Sewilli
Budynek Uniwersytetu w Sewilli

Po pozostawieniu bagażu w domu udałyśmy się tradycyjnie na tapas. Zamówiłyśmy salmorejo (rok wcześniej nie zrobiło na mnie zbyt dobrego wrażenia, ale tym razem jakoś się obroniło i muszę przyznać, że było całkiem niezłe) oraz czego zwyczaj croquetas i tortillę de patatas. Miłym zaskoczeniem było to, że o godzinie 15.00 dało się na spokojnie coś zjeść, ponieważ wszystkie restauracje były otwarte, nie zważając na czas siesty. Tapas były spore, adekwatne zresztą do ceny, 3 euro za sztukę.

Salmorejo
Salmorejo
Croquetas
Croquetas
Tortilla de patatas
Tortilla de patatas

Moje zwiedzanie rozpoczęło się w miejscu, gdzie według legend powstała Sewilla, czyli na Alameda de Hercules. Historycy nie są co do tego zgodni, ale mi takie wyjaśnienie przypadło do gustu, bo nadaje logiczny sens rozpoczęciu mojej wycieczki właśnie tu.
Alameda de Hercules
Spacerem udałyśmy się pod katedrę. To potężna, rozłożysta budowla z sięgającą do nieba wieżą (Giralda). Jest największym kościołem chrześcijańskim w Europie. W pierwotnym zamyśle chciano zbudować meczet z minaretem, ale ostatecznie tak się nie stało. Jedyne co możemy tam odnaleźć, to pozostałości po arabskiej architekturze w niektórych elementach budowli. Jej wieża górująca nad miastem (posiada 91m wysokości) jest bardzo szeroka, skonstruowano ją tak, by można było wyjechać na górę konno. Stała się ona wzorcem, podobne wieże odnaleźć możemy w Marrakeszu i Rabacie.

Katedra w Sewilli
Z powodu kolejek tworzonych przez spore ilości turystów spędzających w mieście długi weekend, nie udało mi się wejść do środka, co uniemożliwiło mi odwiedzenie grobu Krzysztofa Kolumba, który po wnikliwych badaniach i dociekaniach na pewno znajduje się w Sewilli. Przez wiele lat nie było to takie oczywiste i budziło niepokój pośród zainteresowanych.

Podziwiając katedrę z zewnątrz, tuż obok odnalazłam znany z Gry o Tron plac, który jest początkiem wejścia do Alcázaru i w dalszym ciągu, rozlewające się na wszystkie strony morze turystów…

Plac przed Alcazarem
Przeszłyśmy na Plac hiszpański, moim zdaniem najładniejsze miejsce w całej Sewilli. Nie jest tak stary, jak reszta miejsc wartych zwiedzenia, pochodzi z XX wieku. kiedy to został zaprojektowany na potrzeby Wystawy Iberoamerykańskiej, ale za to naprawdę ma w sobie coś interesującego.

Plac hiszpański Plac hiszpański Plac hiszpański

Upał dawał się poważnie we znaki, dlatego wróciłyśmy do domu ścieżką przy rzece. Szlak jest naprawdę ładny i bardzo długi, razem z chodnikiem ciągnie się w nieskończoność trasa rowerowa, która prowadzi do Parku Rozrywki, Isla Magica. My skręcałyśmy jednak wcześniej, minęłyśmy Torre del Oro, wieżę skonstruowaną w 1220 roku, która miała pomagać w obronie miasta, ale służyła też jako więzienie, poczta i skład prochu. Nie jest najwyższym budynkiem, ma tylko 36m, ale godnie się prezentuje, zdobiąc wybrzeże rzeki Gwadalkiwir, która w dawnych czasach była jednym z głównych portów handlowych, skąd wypływały statki do Ameryk.

Torre de Oro

Wieczorem udałyśmy się do baru, poobserwować nocne życie miasta. Złą wiadomością dla mnie było to, że większość tego typu miejsc otwierała się po 23.00, ale udało się znaleźć coś otwartego ciut wcześniej. Wyjście to stało się niesamowicie widowiskowym doświadczeniem. Skąpo wystrojone Hiszpanki maszerowały dziarsko ulicami. Ich ubiory czasem były naprawdę zabawne, zresztą także ich chwiejny, poalkoholowy krok dodawał temu wszystkiemu komicznego zabarwienia :p

Dało się też zauważyć pokaźne ilości nastolatków wyszykowanych na tzw. botellón, czyli taki polski „before”, który zazwyczaj u nich kończy się tylko na tym etapie, oceniając ilości alkoholu, które dzierżyli ze sobą w reklamówkach. Ja, jako sędziwego wieku człowieczek poszłam spać o w miarę przyzwoitej godzinie, bo chciałam być gotowa na wejście do wnętrza Alcázaru, następnego dnia rano.

Jak można się było tego spodziewać fakt, że pojawiłyśmy się o czasie przed bramą wcale nie znaczył, że wejdziemy gdziekolwiek o czasie. System rezerwacji internetowej owszem istnieje, ale nie ma limitowanej ilości miejsc i bilety można dokupić też bez rezerwacji, stąd utworzyły się bardzo potężne i chaotyczne kolejki. Kiedyś na zajęciach z włoskiego nasz wykładowca (Włoch) śmiał się, że to Polacy uwielbiają kolejki i tworzą je dosłownie wszędzie, ale sama jestem zdania, że inne kraje wcale nie wypadają w tej konkurencji gorzej.

Kolejka przed wejściem do Alcazar

Po odstaniu swego, czyli jakieś pół godziny później, udało się przekroczyć bramy słynnego zespołu pałacowego. Przeciskając się przez tłumy niczym nieograniczonych turystów, w prześwitach między nimi obejrzałam sobie pałac z widocznymi elementami arabskimi, wystawę płytek azulejos, a także ogrody. O tej porze roku miejsce to nie było szczególnie urokliwe. Ogrody nie były dostatecznie zadbane, rośliny przesuszone i przekwitnięte, a cały kompleks w żaden sposób nie zakonserwowany, co można było poznać po popękanych, odpadających kafelkach i przykurzonych wystawkach. Nie byłam zachwycona tą wizytą, może byłabym bardziej na wiosnę, kiedy to kwitną wszystkie drzewka pomarańczowe, a w związku z tym w powietrzu unosi się przepiękny zapach. Wtedy też niebo nie jest zachmurzone i wszystko wydaje się jakieś ładniejsze. No ale niechaj będzie, Alcázar został podbity.

Widok na katedrę z Alcazar Ogrody Alcazar Ogrody Alcazar Palmy Paw Alcazar pałac Alcazar pałac

Po wizycie w Alcázarze znów nastąpił postój na tapas, tym razem na stole zagościł bakłażan opiekany (a jakżeby inaczej) z miodem, łosoś, croquetas, kalmary i tortilla (no jak to tak bez). Było smaczne, ale porcje za taką samą cenę już znacznie mniejsze, w końcu to prawie centrum miasta.

Kalmary Berenjena con miel

Jedząc, zobaczyłam strzałkę wskazującą jak dojść do Barrio Santa Cruz i tam też postanowiłyśmy się udać po obiedzie. To podobno najstarsza i najbardziej klimatyczna dzielnica Sewilli. Przeszłam uliczkami zapełnionymi małymi restauracjami i sklepikami z pamiątkami. Turystów wszędzie było naprawdę dużo. Taka frekwencja jest zasługą tego, że właśnie w okolicach października wznawia się czas sezonu. Temperatura staje się bardziej możliwa do wytrzymania w porównaniu z ponad 40 stopniami, których doświadczyć można tu w środku lata.

Sewilla - uliczka
Na szczęście nie wszyscy wiedzą, że w Sewilli prócz Giraldy można podziwiać miasto z góry z nowoczesnej konstrukcji zwanej Setas de Sevilla. Taki był kolejny punkt mojej wycieczki. Już po chwili wyjechałyśmy windą na drugie piętro olbrzymiego wafla (tak prezentuje się grzybowy kapelusz) i robiłyśmy zdjęcia panoramy.

Setas de Sevilla Panorama Sewilli Panorama Sewilli

Po zejściu z grzybków trzeba było trochę odpocząć i na dalsze zwiedzanie wyruszyłyśmy dopiero późnym popołudniem. Idąc brzegiem rzeki, dotarłyśmy do Barrio Macarena, która słynie z biało-żółtego kościółka, gdzie znajduje się pomnik Jana Pawła II i z wąskich uliczek utrzymanych w tej samej tonacji kolorystycznej. Zaczęło się ściemniać i nie do końca mogłam docenić urok tego miejsca, lepszym pomysłem jest przyjście tutaj w dzień. Odnalazłam za to coś, co bardzo mnie zaskoczyło. Zdałam sobie sprawę, że idą Święta, a przynajmniej tak pokazywała wystawa sklepowa, która prezentowała różnorakie ozdoby i figurki św. Mikołaja…

Macarena Escaparate

Ostatni dzień spędziłam spacerując ponownie po Placu hiszpańskim, przechadzając się po parku Marii Luisy oraz kupując pamiątki w centrum miasta.

Park Marii Luisy Park Marii Luisy

Na sam koniec wycieczki zostawiłam sobie drugą najstarszą dzielnicę Sewilli, Trianę, która malowniczo rozkłada się wzdłuż wybrzeża rzeki Gwadalkiwir. W średniowieczu stanowiła odrębne miasto, które zamieszkiwali rzemieślnicy i marynarze, do dziś zachowała swój tradycyjny styl.

Ulica w dzielnicy Triana
Ulica w dzielnicy Triana
Szczyt najstarszego zachowanego w Sewilli kościoła Św. Anny
Szczyt najstarszego zachowanego w Sewilli kościoła Św. Anny
Most Izabeli II
Most Izabeli II
Statek na rzece Gwadalkiwir
Statek na rzece Gwadalkiwir

Trzy dni były optymalne na zobaczenie wszystkiego, co najbardziej istotne, ale gdybym planowała wyjazd raz jeszcze, chyba poczekałabym jeszcze kilka tygodni, żeby temperatura nie była aż tak wysoka. Spacery po mieście w taką pogodę uniemożliwiały mi nacieszenie się w pełni czasem, który tam spędziłam. Przynajmniej teraz jestem w stanie zrozumieć to, że większość Hiszpanów zasłania żaluzje w ciągu dnia i ucieka przed słońcem, tak, można mieć jego przesyt ;p