Pierwsze wrażenia z Kadyksu

Pierwsze wrażenia z Kadyksu

Po prawie dwóch godzinach lotu, wylądowaliśmy w Jerez de la Frontera. Już przy wyjściu z samolotu uderzyło w nas charakterystyczne ciepłe powietrze i od razu zobaczyć można było porastające okoliczny lasek palmy i gęste sosny. Lotnisko jest niewielkie, jedyni ludzie, którzy tam byli, to Ci z naszego lotu. Szybko rozeszli się do wypożyczalni samochodów i na stację powędrowało zaledwie kilka osób. Okazało się, że najbliższy pociąg do Kadyksu odjeżdża dopiero za ponad godzinę… Bardzo dziwna sprawa, że przy takim małym zagęszczeniu lotów pociąg nie jest skomunikowany z przylotami, ale cóż, hiszpański luz blues. Otoczenie wyglądało na trochę opuszczone, za płotem pasły się osiołki. Podczas podróży pociągiem nie było widać wszechobecnej zabudowy, raczej puste pola z wysuszoną i spękaną ziemią. Czasem jakieś zaniedbane, stare domki, trochę przypominało to wszystko wioski w Ameryce Południowej znane z filmów. W pewnym momencie, ląd zaczął być coraz bardziej pochłaniany przez wodę, a w oddali zobaczyliśmy wyłaniający się most, Kadyks był już coraz bliżej. Gdy wjechaliśmy na ten wąski pas, po bokach rozciągały się plaże i bezkresny błękit oceanu. W wagonie pozostało już tylko kilka osób, wysiedliśmy na ostatniej możliwej stacji. Złapaliśmy taksówkę i wtedy nastąpiło pierwsze brutalne zderzenie z akcentem andaluzyjskim, zrozumiałam może z połowę tego, co taksówkarz miał mi do powiedzenia. Trochę czasu będzie musiało minąć, zanim się przyzwyczaję. Minęliśmy miejski port, do którego, jak się dowiedziałam, rankiem przypłynął gigantyczny statek turystyczny, który mogliśmy podziwiać za szybą.

22016349_1573891149316559_365148417_n

Jechaliśmy wzdłuż ścieżki otoczonej palmami z jednej strony i oceanem z drugiej, aż w końcu wjechaliśmy w gąszcz wąskich uliczek. Budynki tu muszą być naprawdę stare, postawione blisko siebie są jak nieskończone labirynty, w których aż miło się zagubić.

img_8962img_8964

Po odebraniu kluczy do mieszkania, chcieliśmy pójść coś zjeść. Niestety, o godzinie 17 było to bardzo utrudnione, ponieważ na południu w tym czasie trwa sjesta. Wszelkie lokale zazwyczaj otwarte są od 8 do 15, a później otwierają się dopiero w okolicach godziny 20. Trafiliśmy na przepełnioną turystami tawernę, która postanowiła podporzadkować się zwyczajom z innych krajów i akurat tam można było coś zamówić. Ryba była całkiem dobra i dość sycąca, ale wokół słychać było wszystkie języki świata prócz hiszpańskiego i radosne odgłosy dobiegające z pobliskiego placu zabaw. Po zjedzeniu ruszyliśmy się przejść. Mieliśmy niesamowite szczęście, ponieważ nad słynną plażą La Caleta akurat zachodziło słońce. Piękny, czerwony kolos na bezchmurnym różowym niebie rozświetlał niebieskie wody Atlantyku.

img_8970

Był to naprawdę niesamowicie klimatyczny wieczór. Gdy zaczęło się ściemniać powędrowaliśmy molo pod Castillo de San Sebastian, a później wróciliśmy do mieszkania, nie mogąc doczekać się tego, czym zachwyci nas miasto w kolejnych dniach 🙂

img_8981